Rano Pstrykacz wstał, zjadł śniadanie i podreptał na pocztę, przesłać kolejną kartę zapełnioną zdjęciami (59GB materiałów…).
Trasa rozpoczęła się asfaltem, lecz bardzo szybko przerodziła się w polną ścieżkę. A później w las, który dawał przyjemny chłód przy tych upałach. Jedyną wadą lasu były podgryzające Pstrykacza muchy, ale jakoś dał im radę. W okolicy Podlesia Pstrykacz zorientował się, że plecak coś stał mu się zbyt lekki i zorientował się, że wypił w bardzo krótkim czasie 2l wody z trzylitrowego baniaka. Niebezpiecznie jest zostawać bez wody, więc Pstrykacz wstąpił do jakiegoś gospodarstwa po drodze z prośbą. Wodę dostał, a przy okazji usłyszał historię życia pewnej sympatycznej starszej pani. Nie zauważył kiedy mu pół godziny zleciało.
Dalej Pstrykacz poszedł przez las w stronę Budomierza. Założył, że znajdzie tam sklep, żeby kupić sobie konserwę na obiad… Oczywiście sklepu nie było, więc cóż z tym zrobić? Na szczęście Pstrykacz nie zdążył ulec pokusie, żeby obiad sobie odpuścić, bo właśnie nadjeżdżał samochód z czterema młodzieńcami. Pstrykacz zaczepił i zapytał, czy mieliby poratować mielonką. I tak oto Pstrykacz stał się szczęśliwym posiadaczem gulaszu angielskiego za 5zł. Chłopaki byli w trasie z Rzeszowa do Suwałk, trasą Green Velo. Trochę pogadali, później oni pojechali, a Pstrykacz zjadł obiad. I gdy już się zbierał do dalszego marszu, Pstrykacza zatrzymało kolejne auto, tym razem małżeństwo z Gdyni. Pan sprzedał przepis na olejek przeciwko gryzącym muchom (będący kompozycją olejku z goździków, oleju jadalnego, oleju migdałowego, spirytusu i czegoś jeszcze, lecz pamięć nie ta) i dał się nim wysmarować na próbę. Muchy rzeczywiście już nie gryzły, za to Pstrykacz się zastanawiał, czy się w ogóle dzisiaj kąpać, tak ładnie to pachniało 😉
Samochód odjechał dalej Green Velo, a Pstrykacz wynalazł sobie jakiś skrót do przejścia przez las. Miało być krócej, ale momentami ścieżka znikała i trzeba było iść na czuja. Przy czym trasa biegła bardzo blisko granicy ukraińskiej, ale udało się jej niechcący nie przekroczyć. Jak już tylko Pstrykacz wydostał się z lasu, zaraz dopędził go wóz Straży Granicznej z dwoma nieumundurowanymi oficerami. Dzwonią dokądś, że już go znaleźli. Pstrykacz spisany, strażnicy dowiadują się przez telefon, że ma zgłoszony cel turystyczny. Uff, no to już przeszli w tryb przyjacielski 🙂 Pstrykacz snuje domysły, że tak przedzierając się w lesie blisko granicy, mógł naruszyć jakieś fotokomórki, dlatego wywołało to taką błyskawiczną reakcję straży.
Pstrykacz doszedł do Wielkich Oczu i jak to powiedział: „W Wielkich oczach zrobiłem wielkie oczy” 😛
Tradycyjnie w sklepie Pstrykacz chciał podpytać o nocleg, lecz dowiedział się, że jedyna agroturystyka ma zajęte wszystkie miejsca. I nagle, jeden pan zaproponował, że w takim razie on przyjmie Pstrykacza do siebie do domu. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, ze pan okazał się właścicielem tej agroturystyki i dzisiaj już ośmiu osobom musiał odmówić noclegu. Przemili, przesympatyczni ludzie 🙂
A skąd nazwa na Wielkie Oczy? A no są tam dwa stawy i górka wyglądająca jak nos 🙂
Wiele dobrych rzeczy Pstrykacza spotkało… A to mielonka, która sama do niego przyjechała, a to olejek, a to nocleg. Jak doszedł do noclegu to zaczęło padać. „Cieszę się, że mam siłę iść” 😉