Dzień rozpoczęty „normalnym” śniadaniem (czyt.. mielonka), a początek marszu o 9:10. Ledwo Pstrykacz uszedł 7km, a dogonił go wóz Straż Graniczna. Tak, to dopiero pierwsza kontrola na trasie! Przeszła sprawnie i bardzo sympatycznie. A na koniec nawet, jak już Pstrykacz zdążył się znowu rozpędzić, to samochodem go dogonili i dali trochę pysznych sucharów wojskowych i małą chałwę. Pstrykacz podziękował i jednocześnie pomyślał, że tego mu właśnie było trzeba – przegryzka (tak Pstrykacz zwie drugie śniadania) była idealnie dopasowana pod względem ilości i jakości 😛
W Wojnówce krótki odpoczynek i dalej w trasę. W kolejnej wiosce miejscowi zatrzymali go na chwilkę i wypytali, a dokąd to Pstrykacz z tym plecakiem idzie. Kolejny przystanek miał być dopiero w Opace Dużej, na obiad. Ale przed wejściem do Opaki jeszcze jeden pan na rowerze się zainteresował, gdzie ten nasz Pstrykacz idzie. A akurat byli obok cerkwi i Pstrykacz robił jej zdjęcia z zewnątrz, to miły pan zaproponował zwiedzenie jej w środku. Opowiedział również trochę o Opace, m.in. to, że kiedyś mieszkało tu dużo ludzi, a teraz…. 15 osób!
Jeszcze wcześniej, między Wojnówką, a Opaką, Pstrykacz spotkał dwóch rowerzystów z Warszawy – Łukasza i Karola, z którymi pogadał trochę o trasie. Było wspólne zdjęcie, niedługo trafi na stronę, a tymczasem pozdrowienia! 😉
Dalej Pstrykacz dreptał wzdłuż granicy, minął Wólkę Terechowską. Zaczepiła go starsza Pani z pytaniem w lokalnym języku (w brzmieniu podobnym do białoruskiego), czy jest dziś środa, czy czwartek. Zdziwiła się, że dzisiaj piątek i dopytała jeszcze o wagę plecaka. Ledwo Pstrykacz uszedł parę metrów i znowu natknął się na pytania. Tym razem zaczepiły go „cztery kumoszki po siedemdziesiątce” siedzące na ławce. Przy okazji załapały się na wspólne zdjęcie.
W Czeremsze Pstrykacz był o 17. Nocleg w tym samym miejscu co rok temu, nawet gospodyni Pstrykacza rozpoznała. Później małe zakupy, msza, kolacja, kąpiel i spać.